Obchody Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”

 „Krótka historia o długiej miłości” – tak brzmi tytuł książki Angeliki Kuźniak i Eweliny               Karpacz-Oboładze. Tekst ten, traktujący o uczuciu, jakie połączyło dwoje więźniów, łączniczkę i żołnierza Polski Podziemnej z czasów okupacji niemieckiej, stał się inspiracją spektaklu wystawionego w naszym Liceum Ogólnokształcącym dnia 7 marca 2019 roku z okazji Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”.

Na wstępie warto wymienić osoby, dzięki którym apel przybrał taką, a nie inną postać. Za organizację przedsięwzięcia odpowiadały panie profesorki Justyna Grajek i Antonina Kacprzak. Na scenie dane nam było zobaczyć Małgorzatę Jagłę i Mateusza Witkowskiego, wcielających się w parę głównych bohaterów, oraz Paulę Szewczyk, Pawła Zatorskiego, Marię Fornalską i Adriana Czubaka, wcielających się w pozostałe postacie. W przygotowaniu scenografii pomagały: Ewa Januszewska, Julia Pawłowska oraz Ada Sobczyk.


Historia, którą poznaliśmy, jest tym bardziej poruszająca, że wydarzyła się naprawdę. Wiesława Pajdak i Jerzy Śmiechowski, znani pod pseudonimami Mała i Ju, to postacie autentyczne. Niedługo po zakończeniu II wojny światowej, w 1947 roku, zostali osadzeni w stalinowskim więzieniu za działalność niepodległościową za czasów okupacji hitlerowskiej. Oboje trafiają na Rakowiecką, na oddział jedenasty, do sąsiednich cel. Alfabetem Morse’a porozumiewają się przez ścianę.  Z początku niepewnie, później coraz śmielej, aż w końcu zapałali do siebie uczuciem, choć ani razu się nie widzieli. 9 kwietnia 1953 roku Wiesława i Jerzy wzięli ślub i dopiero wówczas ujrzeli się po raz pierwszy w życiu. Jerzy Śmiechowski zmarł w 2008 roku, Wiesława trzy lata po nim. Byli małżeństwem przez 55 lat.

Skromna scenografia oraz przedkładanie dialogów i monologów (momentami także wymownej ciszy) nad grę ciałem i gestem dały wspaniały rezultat. Działając na wyobraźnię, potęgowały zarówno wydźwięk scen brutalnych, jak i tych romantycznych. Wyjątkowość historii podkreślił również fakt, że nie przerywały jej żadne „wstawki artystyczne”. Nie było śpiewu, nie było tańca, nie było recytowania ani gry na instrumentach. Liczyła się tylko dwójka głównych bohaterów i uczucie, jakie ich połączyło.

Od niesamowitej historii bardziej zaskakujący zdaje się chyba tylko fakt, że przez cały czas trwania spektaklu na sali panowała zupełna cisza. Żadnych uwag, żadnego śmiechu, żadnych dźwięków telefonu. A na koniec: trwające blisko minutę owacje na stojąco.  W pełni zasłużone, bo spektakl był jednym z najmocniejszych w naszej szkole w ciągu ostatnich kilku lat.

                                                                                     Kacper Babulewicz Ie